Strona wykorzystuje COOKIES w celach statystycznych, bezpieczeństwa oraz prawidłowego działania serwisu.
Jeśli nie wyrażasz na to zgody, wyłącz obsługę cookies w ustawieniach Twojej przeglądarki.

Zgadzam się Więcej informacji

Miejsca

Przemycaliśmy żywność do getta


uzupełnij jewishbialystok@gmail.com

English version


Kiedy do Białowieży wkroczyli Niemcy w czerwcu 1941 r. to od razu aresztowali matkę Jerzego Wiensko. Pod koniec grudnia na roboty do pobliskiego Szereszewa wywieźli jego ojca i brata pana Jerzego. Potem wszystkich przewieziono do Białegostoku.

W Białymstoku znalazłem się późną jesienią 1942 r. – wspomina Jerzy Wiensko – miałem niespełna dziesięć lat. Zamieszkaliśmy na poddaszu pożydowskiego domu przy ul. Zielonej 35A (obecnie L. Zamenhoffa). Nasze podwórko kończyło się wysokim płotem, nad którym było chyba rozciągnięta cztery rzędy drutu kolczastego. Oddzielał on getto od reszty miasta. Jako dziecko, ale nie tylko ja, przemycaliśmy żywność do getta. Mama kilka razy w tygodniu chodziła po nią do podbiałostockich wsi i tam kupowała mąka, kasza, ziemniaki, a w maju truskawki. Pod płotem był wykopany dołek, w ten sposób, że jego jedna połowa była po stronie getta. Był on maskowany workiem wypełnionym szmatami i przysypany lekko ziemią. Kiedy chodzący wzdłuż płotu Niemiec był daleko i poza zasięgiem wzroku szybko wyjmowaliśmy worek i przeciskaliśmy na drugą stronę żywność. Już górą w zawiniątku z kamieniem z tamtej strony przerzucano pieniądze. Rozpoznawaliśmy się z tymi chłopcami z getta przeważnie po głosach. Jeden z moich starszych kolegów podpowiedział mi, żebym podszedł do strażnika i zapytał go po niemiecku: która godzina. Kiedy ten wyjmie z kieszeni zegarek i pokaże mi go, abym odczytał godzinę, to ja mam jego ręką przytrzymać i wcisnąć dwie marki. Tak zrobiłem; razem z zegarkiem schował te moje pieniądze. Wtedy to strażnik gdzieś odchodził i nie było go widać przez jakiś czas. W tym czasie widziałem jak odchylano dwie deski z płotu i moi niektórzy koledzy przechodzili do getta. Tam odbywała się wymiana towarów. Po jakimś czasie, może kilku minut było słychać jak ów Niemiec wali w płot kolbą karabinu i krzyczy „raus” „halt”. To był znak, że się zbliża i trzeba było maskować przejście i uciekać. Pewnego dnia rano było słychać strzały i wybuchy od trony getta kiedy wyjrzałem przez okno to po przeciwnej stronie ulicy wysoko na stosie desek zobaczyłem żołnierzy z rozstawionym karabinem maszynowym wycelowanym w nasz domu Przestraszyłem się. Potem widziałem jak na naszej ulicy żołnierz zastrzelił uciekającą Żydówkę, druga została zabita niedaleko miedzy domami. Po jakimś czasie przyjechała konna platforma i na nią wrzucono ciała.”

Marek Jankowski

Tekst był napisany w2007 r.

2017-08-20 20:49:54